Żałośnie.

Międzylądowanie w Xiansheng. Dużo tych międzylądowań: kiedy brak bezpośredniego połączenia między odpowiednimi miejscowościami, dojeżdża się do takiego np. Xiansheng wieczorem, żeby jutro przed 6 rano łapać autobus/busa/cokolwiek dalej we właściwą stronę. Jutro mamy nadzieję to cokolwiek złapać i dotrzeć do Shangri-La, żeby połudzić się jej mitem.

Zaczyna się żałośnie…

Przedwczoraj skończyła mi się wytrzymałość. Po 10 godzinach jazdy (a odległość Kangding(też międzylądowanie)-Litang to ok. 350 km) przez niekończące się roboty drogowe dotarliśmy do Litangu, najbardziej tybetańskiej z chińskich miejscowości . O ile sama podróż była całkiem zabawna i o tyle egzotyczna, że poza tybetańskim kierowcą jechaliśmy w białym (!!) towarzystwie, o tyle Litang mnie dobił. Przywitał nas deszczem, tybetańskimi standardami higienicznymi i już zupełnie nieskrępowanym gapieniem się. Przy milionowym ‚hello’ pękłam. Nie radzę sobie z publicznym zainteresowaniem i zaczepianiem, a Tybetańczycy mają nietypową urodę, co powoduje jeszcze większy wstrząs. Połowa Tybetańczyków wygląda jak perfekcyjni Indianie, druga połowa, jakby kanibalizm wcale nie był bardzo odległym sposobem odżywiania. Ich prawdopodobnie życzliwe ‚hello’ jest dla mnie zagrożeniem, napiętnowaniem obcego. Wyróżnianie się z tłumu mnie męczy, wolałabym być niewidzialna. Lubię być przezroczysta, przysiąść z boku, popatrzeć na dziejące się życie (nawet nie obserwować, obserwacja jest już zbyt nachalna, poza tym zmienia obiekt obserwowany). Tu trudno się wyłączyć, być tylko ze sobą i przestrzenią dookoła; każdy aż wychodzi z siebie, aby być dla nas życzliwym i przyjacielskim i odpowiednio reprezentować kraj, wypada więc odpowiedzieć tym samym i powstrzymać warczące ‚dajcie mi spokój’.

Ukoiło mnie trochę dopiero tybetańskie pozdrowienie ‚Tashi delek’, całkiem inne od ulicznego, wrzaskliwego ‚hello’. ‚Tashi delek’ słyszeliśmy zwłaszcza w chortenie i klasztorze w Litangu, przede wszystkim z ust (bardzo) starych ludzi, często razem z gestem zapraszającym do świątyni, więc mimo podobnego literalnego znaczenia, wydźwięk miało inny.

Podróże w miejsca tak kulturowo odległe niosą ze sobą różne rodzaje ryzyka. Dla niebieskookiej blondynki, Azja to rejon niekoniecznie właściwy do wtopienia się w tłum.

 

Na zdjęciach obrazki z Litangu: chortenu (tybetańskiej stupy) i klasztoru. Widać mnichów usypujących mandalę, panią kowal i preferowane sposoby przemieszczania się, a także czterołapych mieszkańców miasta.  I o tych pięknych aspektach Litangu jeszcze będzie, jak już przestanę narzekać.

This entry was posted in Bez kategorii and tagged , . Bookmark the permalink.

One Response to Żałośnie.

  1. Amita says:

    Witam!
    Przepraszam, że wcześniej nie komentowałam, ale jakoś tak wyszło. Wyprawa bardzo ciekawa, aż zazdroszczę. I teraz znowu bym gdzieś wyjechała mimo, że niedawno wróciłam z dwutygodniowego wyjazdu, pełnego ?atrakcji? (może nie były aż takie, ale były inne na swój sposób). Zdjęcia fantastyczne, a czworonogi na nich słodkie :) .

    Pozdrawiam cieplutko. M.

    PS Chciałabym zadać Pani pytanie. Mam nadzieję, że nie pomyliłam Pani z kimś innym. Jeśli uzna je Pani za nie taktowne, proszę na nie nie odpowiadać. A pytanie brzmi: Czy gra Pani w serialu z gatunku docu-crime?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>