Mały, litański Tybet

Ludzie noszą coraz więcej warstw i kolorów, a krowy zakładają włochate płaszczyki i machają puszystymi kitami w takt ‚ooogon musi mieć miękką kitkę’.   Zbliżamy się do epicentrum tybetańskości w Chinach, Litangu. Tu wszystko wygląda inaczej i bliżej stąd do Lhasy niż do Beijingu.

Aby tu trafić, należy pokonać Sichuan-Tibet Highway. To odwieczny szlak handlowy, słynna Tea-Horse Road, prowadząca dalej do Lhasy, od czasów wymiany koni za herbatę prawdopodobnie wyglądająca tak samo. Obecnie trwają tu intensywne prace budowlane, z okien busa wyglądające jak przepychanie łopatą kupy kamieni na inną kupę kamieni. Możliwe, że dzięki temu przepychaniu trasa jest w ogóle przejezdna(przeczołgiwalna?), wznoszące się dookoła skalisto-błotniste zbocza ciężko pracują na zasypanie blizny, jaką jest droga. Za to z całą pewnością jest to ‚HIGHway’ :)

Poza kurzem unoszącym się na zmianę z błotem chlapiącym na szyby, droga do Litangu to festiwal gór. Musimy wznieść się na prawie 5 000 m. np.m. i pełzniemy po zboczach, zanurzając się i wynurzając z chmur. Pojawiają się jakieś inne domy: dachy spłaszczają się, oprawy okien wielowarstwieją, przy dachu elegancki tarasik. Na każdego mieszkańca przypada przynajmniej jedno nakrycie głowy i jeden pies, za to na ulicę – jeden kran uliczny/miejsce przy rzece. Tybetańscy budowniczy nie przewidywali bieżącej wody w domach.

Trafiliśmy na Very Important Mnich. Przejeżdżając przez jedną z wiosek, zauważyliśmy rozciągnięty wzdłuż bocznej drogi, spowity dymami z kadzideł i sznurami tar tłumek. Wioskę dalej nasz tybetański kierowca nie wytrzymał, zatrzymał się i poszedł dowiadywać, na co tak czekają i … również zaczął czekać. Nie zdążyliśmy nawet spróbować dowiedzieć się, o co chodzi, kiedy tłum porzucił oglądanie nas, przegrupował się i zaszemrał. Z naprzeciwka wynurzyły się oflagowane SUV-y z kogutami, a w nich na przednich siedzeniach jakby krewni obecnego Dalajlamy, pozdrawiający uśmiechami i skinieniami zgromadzonych. I my również  dostąpiliśmy zaszczytu: ‚Hello, how are you?”.  Niestety nie udało nam się dowiedzieć, czego byliśmy świadkami.

Przed Litangiem mijamy namiotowe miasteczka tybetańskich nomadów, od kirgiskich różniące się kształtem domostw – tu stoją czworoboczne namioty i więcej jest jaków niż koni;  Tybetańczyk na swoje włości dociera motocyklem, twarz zasłaniając chustą, a głowę kowbojskim kapeluszem.

W samym Litangu ulice zapełnione są usługami dla ludności, obejmującymi warsztaty motocyklowe, warsztaty kowalsko-ślusarskie (wykujemy, co zechcesz, na poczekaniu!) i szycie mniszych szat. Jedzenie jest oczywistością, nawet mnisi jadają. Poza tym w ofercie sprzedaż części do pojazdów, jakiekolwiek by one nie były, buddyjskie różańce, masło jaka (również ofiarne) i młynki modlitewne na baterie słoneczne. Od kilku dni nie zdarzyło nam się jechać samochodem bez takiego młynka na desce rozdzielczej, zapewne jakoś pomagają na tutejsze drogi.

Oaza mniejszości tybetańskiej słynie też jako miejsce urodzenia kilku dalajlamów, a ton miastu nadaje tybetański klasztor Litang Chode Gompa. Mnisi w pomarańczowych szatach, czasem żółtych nakryciach głowy i fascynującym zestawie obuwia ubarwiają ulice, przemykając we trzech na motocyklu lub wybierając najnowszy model komórki w China Mobile. Z mnichami gawędzą sobie o najnowszym modelu motocykla nomadzi w kowbojskich kapeluszach, sprzedający przy okazji zebrane powyżej pastwisk jaków zioła lub grzyby.

Zaczęliśmy od stupy. Wielki, biały kształt wznosi się na końcu miejscowości i konkuruje z planetą w sile grawitacji. Z każdej strony do chortenu Baita Gongyuan ciągną modlący się Tybetańczycy, kręcąc młynkami, dzwoniąc, przesuwając w dłoniach koraliki różańca. Kto obrócił już wszystkie młynki w stupie lub nie ma siły na cyrkulacyjną wędrówkę, przysiada w bramie, na ławeczce, pod drzewem, dalej szepcze modlitwy lub pogrąża się w pogawędce z sąsiadem. Miejscówka w bramie ma zaletę/wadę widoku na stanowisko miejscowego dentysty. Nie wiem, co robił, wystarczył mi widok wacika i narzędzi wkładanych w zęby pacjenta. Nie spodziewałam się natomiast, że można tak szybko szemrać i obracać młynki modlitewne. Wystarczyło się zagapić, a już człowiek stał na drodze modlącemu się, który pojawił się nie wiadomo skąd, przed chwilą było pusto! Buddyści mają poczucie humoru, celowo stawałam z aparatem z boku, aby nikogo nachalnie nie fotografować, a potrafili przejść przed obiektywem machając mi młynkiem :)

Chorten był dobrym wstępem przed klasztorem. Terkotanie młynków trochę wyciszyło, wiekowe towarzystwo przypomniało o pokorze. Nie doszliśmy jeszcze do klasztoru, kiedy wciągnął nas świat małych świątyń, do których zapraszano nas bezzębnym uśmiechem, a ‚Tashi delek’ rozbrzmiewało ze wszystkich stron. Mam wrażenie, że działało obustronne porozumienie, zauważono nasze starania o nieinwazyjność i chciano odwdzięczyć tym, co uważano za najlepsze – Buddą. Uśmiech był wytrychem, język zapisany był w portretach Dalajlamy. Radości, z jaką pokazywano nam ten świat, nie sposób opisać, jedynie dzwonek obrotu młynka może oddać fragment tego uczucia.

Trochę oszołomieni kadzidłem, brzękiem młynków i melodią modlitw dotarliśmy w końcu do klasztoru właściwego. A tu trafiliśmy na usypywanie mandali – paru facetów w sukienkach przyjmuje przedziwne pozy, żeby sypać kolorowe kupki układające się we wzór. Kto nie chce żartów, niech sobie o symbolice mandali doczyta. My spędziliśmy godziny, obserwując prace; zwiedzaliśmy cały klasztor i wciąż wracaliśmy do świątyni, gdzie sypano mandalę. Ciągle słyszę chrobot narzędzi i sypanych barwników. Ukoronowaniem była przerwa na posiłek i modlitwy z instrumentami i mruczeniami.

Wychodziliśmy już niemal poza teren klasztoru, kiedy rozległy się krzyki i na placyk zbiegła gromada ludzi, a za nimi wjechała ciężarówka wypakowana również ludźmi i czymś, na czym stali. Napięcie, z jakim obserwowano parkowanie samochodu przekonało nas, że dzieje się coś ważnego, zwłaszcza, że pofatygowali się tu również dziadkowie widziani wcześniej. Hmm, o co chodzi? Rozpoczęło się wypakowywanie: dywany, dywany, klęczniki, mebelki, dywany, dywany, kosze chyba z jedzeniem… A tłumek wyrywał sobie z rąk poszczególne przedmioty, chcąc ich dotknąć i koniecznie samemu zanieść do klasztoru. Ciągu dalszego nie znamy.

 

This entry was posted in Bez kategorii and tagged , , , . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>